Trochę wietrzny #szuwarowychill

31 maja, 2022

Parę dni temu wybraliśmy się niewielką ekipą na Mazury. Pogoda tym razem okazała się dość wymagająca. Ale w dobrym towarzystwie i na odpowiednim jachcie, nie jest to żaden problem. Wręcz przeciwnie. Mieliśmy zapewnione żeglarskie emocje, czasem graniczące z tymi spotykanymi na morzu.
Były żagle, były przechyły i niezłe prędkości, do tego dobra kuchnia.

Spotykamy się w Giżycku w środę odebrać jacht. Tym razem bardzo porządny Maxus 33.1 RS. Na temat tego jachtu opublikuję oddzielny materiał ponieważ zdecydowanie zasłużył sobie na to. Jak się potem okaże, bardzo dobry wybór na pogodę, która miała nas spotkać. Plan popołudniowego oddania cum pokrzyżowała rzęsista ulewa. Niemal automatycznie spoglądamy w kierunku centrum miasta. Idziemy jeść. Wybór pada na „Siwą Czaplę” – restaurację z regionalną kuchnią. Wśród miejsc oferujących głównie pizzę, nie jest to takie oczywiste. Położona malowniczo, przy Kanale Giżyckim „Czapla”, przywitała nas przemiłą obsługą i bardzo smacznym posiłkiem. Wracamy na jacht. Robi się wieczór. Przestaje padać, a tuż przed zachodem, wraz z magicznymi kolorami, pojawia się słońce.

Następnego dnia sprawdzamy pogodę. Wygląda na to, że najbliższe dni będą funkcjonowały według schematu: do 13-14 ładnie, a potem leje. Nad Polską będą przechodzić kolejne zimne fronty. Wypływamy. kierunek północ. Wieje. jeszcze na Kisajnie refujemy grota i zmniejszamy trochę foka. jacht radzi sobie świetnie. Wyprzedzamy tych, którzy zgodnie z maksymą „a co tam!”, walczą z łopoczącymi, wyluzowanymi żaglami, dryfując zamiast płynąć tam, gdzie zamierzali.

W ekspresowym tempie wchodzimy na Dargin. Kładziemy maszt. Przechodzimy pod mostem. Mamry. Zbliża się pora lunchu. Od zachodu zbliża się też wielka czarna chmura. Nie wygląda to najlepiej. Decyzja jest prosta. Przy tym kierunku wiatru najlepszą osłonę będziemy mieli w Kietlicach. Parkujemy, zabezpieczamy jacht. Czasu starcza akurat, żeby dostać się do tawerny. Zaraz robi się ciemno, a wiatr szarpie drzewami nad nami. Zaczyna znów lać. Gratulujemy sobie świetnego wyczucia czasu. Również tego, że lubimy sprawdzać prognozę i nie uważamy, żeby było w tym coś złego.

Późnym popołudniem przejaśnia się trochę, więc ruszamy dalej. Nie pada, ale zaczyna znów porządnie wiać…Halsujemy na północ. Wchodzimy na Mamerki. Trochę kłopotów z parkowaniem przy dociskającym wietrze i bezpiecznie stajemy w Trygorcie. Wieczór jest bardzo chłodny, chowamy się w miejscowej restauracji na wzgórzu i pałaszujemy świetną zupę rybną.
Nazajutrz czas ruszyć znów na południe. Przymierzamy się do noclegu na Jez. Buwełno…jednak, najpierw trzeba tam dopłynąć. Sprawnie wychodzimy na Dargin, a tam już po paru minutach okazuje się, że jeden ref na grocie, to zdecydowanie za mało. Refujemy dalej. Pozostaje ok. 1/3 standardowej powierzchni. Do tego fok, zmniejszony do wielkości latawca. Halsujemy. Wiatr momentami dochodzi do 6 B. Maxus łagodnie przechyla się przy kolejnych szkwałach i spokojnie, ale bardzo sprawnie rusza do przodu. Wychodzi słońce. Od strony Dobskiego buduje się niezła fala. Jest piękna, żeglarska, jednak dość wymagająca pogoda. W końcu chowamy się na Kisajnie. Decyzja – przejdziemy Łabędzim Szlakiem. Między wyspami będzie spokojniej. Na Niegocin przejdziemy Kanałem Niegocińskim. To dobra okazja, żeby zacząć gotować obiad. Z prośbą do sternika, o łagodne traktowanie, lecę do kuchni.

Zabieram się za krojenie cebuli, obieranie czosnku i staram się przygotować wszystko tak, żeby po wyjściu z kanału na Niegocin, móc wszystko opanować jedną ręką, pilnując drugą garnka, żeby jego zawartość nie wylądowała w zenzie. Biorąc pod uwagę apetyty niektórych członków załogi, ten numer raczej nie zakończyłby się happyendem. Wszystko gotowe – składniki sosu lądują po kolei w garnku. Sos ze świeżych pomidorów aromatycznie bulgocze, a kolejni członkowie załogi zaczynają pod byle pretekstem zaglądać do kabiny. Ten musi zmienić polar, inny zapomniał okularów, a w ogóle to która jest aktualnie godzina. No jasne! W końcu, co by w danej chwili zrobił bez tej informacji.
Wychodzimy na Niegocin. Znowu zaczyna rzucać. Przypominam sobie radosne chwile w kambuzie jachtów bałtyckich. W sosie ląduje makaron – wersja jednogarnkowa. Tak, wiem. Niejeden mieszkaniec słonecznej Italii, poprosiłby o pomoc mafię, w rozwiązaniu problemu z kucharzem, tak bezczelnie profanującym sprawę spaghetti. Najpierw jednak, niech zamieni się ze mną miejscami.

Na Niegocinie zaczyna znów mocno wiać. Tym razem dość nieprzyjemnie. Podejmujemy decyzję, żeby na czas obiadu schować się na przystani LOK w Giżycku. Kuchnia wydaje posiłek. Pewnie to kwestia poziomu głodu, bo zawartość garnka znika w parę minut.
Postój to był zdecydowanie dobry pomysł. Zza drzew, z północnego – zachodu, wyłania się kolejna czarna chmura. Będzie niezła ulewa. W sam raz, żeby akurat nie siedzieć w tym czasie na środku jeziora. Kolejne popołudnie spędzamy na jachcie, spędzając czas na poważnych rozmowach o świecie. Na warsztat brany jest kosmos, filozofia, astrologia, a nawet teologia.
Kiedy przestaje lać, dochodzimy do wniosku, że i tak nie ma za bardzo sensu żeglować dalej. Zwłaszcza, że tego dnia i tak wykonaliśmy kawał solidnej roboty. Ktoś rzuca hasło, że chciałby sprawdzić, co zmieniło się w międzyczasie w Siwej Czapli. Jednogłośnie stwierdzamy, że to doskonały pomysł. Wieczór upływa znów na sympatycznej kolacji, nad brzegiem Kanału Giżyckiego.

Nazajutrz kontynuujemy żeglowanie na południe. Cel? Jak zwykle…Marcin rzuca hasło, że nad Jagodnem jest taka sympatyczna, dla odmiany włoska restauracja i czy „może by tam?”. Nikt nie zamierza dyskutować z tak dojrzałym pomysłem. Stawiamy żagle!.
Niegocin sprawia nam jednak kolejną niespodziankę. W końcu nie mieliśmy jeszcze gradu podczas tego rejsu! Dobrze, że droga jest dość prosta i gęsto oznaczona bojami, bo widoczność mocno ograniczona, a lodowe kulki kłują w oczy, pomimo postawionej szprycbudy.
Na jezoro Boczne wpadamy z niezłym impetem. Pogoda się uspokaja i nieśmiało wychodzi słońce. Pojawia się kolejny błyskotliwy pomysł – po co kłaść maszt i przechodzić na Jagodne, tylko po to, żeby za chwilę się zatrzymać, skoro można stanąć przed, a do restauracji zrobić sobie dłuższy spacer? Tak też robimy. Spoglądając podejrzliwie na niebo, idziemy zapoznać się z menu restauracji Pepe & Lola w Kozinie.
Na miejscu okazuje się, że warto. Jest przepysznie. Jest przesympatycznie. Poznaję właściciela, który po krótce przedstawia historię miejsca. Restauracji z przyjemnością poświęcę osobny tekst.
Wracamy na jacht. O tej porze, standardowo, jak co dzień ostatnio, włącza się deszcz. Zostajemy w porcie.
Po jakimś czasie załoga oznajmia, że znów jest głodna. Znowu do garów. Dziś czas na alio e olio – z pewną autorską wariacją – opartą na tym, co akurat znalazłem w lodówce.
Rejs się kończy – nikt nie będzie tego zabierał do domu. Tym razem makaron gotuję tradycyjnie. Włoscy ortodoksi mogą spać spokojnie.

Niedziela, to spokojny rejs do Giżycka. Opuszczamy jacht, pakujemy samochody, żegnamy się…żegnamy? Nie! Bo na ostatni wspólny obiad ruszamy do Słowiczówki w Ukcie, gdzie mamy okazję skosztować po raz kolejny rewelacyjnej regionalnej kuchni.
Dopiero teraz czas na pożegnania, choć jestem pewien, że w tym gronie spotkamy się na wodzie i przy jednym stole jeszcze nie raz.

Leave a reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Go top