Ludzie na wyspach – Filipiny cz. 3

Grudzień 1, 2020

Daleki, choć bliski Wschód… Kiedy już posiedzi się dłużej na miejscu, zaczyna się inaczej i bardziej na luzie wtapiać w krajobraz. Tak samo jest z relacjami towarzyskimi. Świetnie jest poznawać nowych ludzi. Miejscowi przestają być obcymi z innej planety. Dodatkowo na Wyspach mieszka lub podróżuje wielu Europejczyków. W tym Polaków.

Kiedy docieramy już na Bantayan, mamy więcej oddechu – przed nami bardziej stacjonarny czas przeznaczony głównie na relaks. I jak zwykle, kiedy więcej czasu siedzi się w jednym miejscu, jest wiele okazji do poznawania ludzi.

Zacznijmy od Michała „Grocha”. Trochę już o nim pisałem w poprzedniej części poświęconej Filipinom. Nasz główny gospodarz na Bantayan. Poznaliśmy się przez kolegę w Polsce. To za jego namową, podczas długiego wieczoru na wiślanych stołecznych bulwarach, podjąłem decyzję, że następne spotkanie zorganizujemy już po drugiej stronie globu. Jego historia zaczęła się, kiedy zrezygnował z posady menedżerskiej w jednym z polskich koncernów turystycznych, zostawił wszystko, co w kraju i osiadł na Filipinach. Tam założył rodzinę i zaczął systematycznie rozbudowywać swego rodzaju agroturystykę. Położone tuż nad brzegiem wody domki, otoczone wolną przestrzenią, zapewniają komfortowe i niedrogie mieszkanie dla swoich gości. Obowiązkowo hamak przy każdym domku zapewnia dodatkową intymność w różnych sytuacjach. Dla par jest to dobra możliwość izolacji na noc w razie długotrwałej kłótni – coś w stylu: „dziś śpisz na kanapie”. Dla innych, niezwiązanych uczuciowo, może być świetnym sposobem na ucieczkę z domku w przypadku dokuczliwego chrapania współtowarzysza podróży… Endi, nic osobistego 🙂


Grochu na wyspie przetrwał różne zwroty losu. Radości i smutki. Były i sztormy i huragany. Poza sezonem nie zawsze bywa idealnie. Co nie zmienia faktu, że Michał odnalazł swoje miejsce na ziemi i na Filipinach żyje już od lat. Co roku gości wielu poszukiwaczy pięknych miejsc. Z tych spotkań pozostaje wiele przyjaźni i powrotów do Marikaban.

W tej samej wiosce, choć po drugiej stronie drogi, swój mały raj zorganizował Rene. Z pochodzenia Australijczyk, dawny bokser i wykidajło, prowadzi swój resorcik nad brzegiem oceanu. Ma własne domki, bar, dostęp do plaży. Posiada też choppera yamaha, którego podobno od miesięcy nie może wyregulować. Motocykl jednak doskonale prezentuje się w tropikalnej scenerii. Rene ma na miejscu partnerkę. Mają wspólnie małego synka. Razem z innymi, świeżo poznanymi przyjaciółmi, załapaliśmy się na jego urodziny.

Dumny ojciec ugościł nas wszystkim, co miał najlepszego ze swojej mistrzowskiej kuchni. Do rana miałem okazję rozmawiać z nim o jego dawnym domu w Australii. Co prawda nigdy nie byłem, jednak mam rodzinę na zachodnim wybrzeżu w Perth, więc wiele wspólnych tematów się przewinęło. U Rene spędzamy ponad tydzień korzystając z uroków jego miejsca. W międzyczasie poznajemy nowych znajomych, ostatecznie przyjaciół. Ale to znów materiał na kolejny rozdział.

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Go top